Dziś, w Walentynki, chcę Tobie opowiedzieć o miłości, którą wciąż odkrywam. O miłości ciekawskiej, czasem przerażonej, czasem zdumionej, czasem czułej. O uczuciu, od którego warto zacząć miłowanie innych. Dziś chcę Ci opowiedzieć o miłości do siebie.
Kiedy piszę lub mówię o miłości do siebie, spotykam się niekiedy z ruchem oporu ;). Dlaczego tak się dzieje? Miłość do siebie bywa utożsamiana z egoizmem i egocentryzmem rozumianymi jako zapatrzenie w siebie, dążenie po trupach do celu i posiadanie innych ludzi w mrocznych zakamarkach czterech liter ;). A przecież w miłości do siebie samego nie chodzi o ślepe samouwielbienie…
Miłość do siebie porównałabym do… procedury postępowania w sytuacji zagrożenia. Co możesz usłyszeć od specjalistów w tej dziedzinie? W sytuacji zagrożenia zadbaj najpierw o siebie. Dlaczego? Dobrze kombinujesz – na nic się zda Twoja pomoc innym, jeśli będziesz nieprzytomna, ranna lub… martwa. A zatem najpierw zadbaj o siebie i swoje bezpieczeństwo a dopiero potem przystąp do ratowania innych.
No dobrze… ale co do diaska ma to wspólnego z miłością do siebie? Znów jesteś na dobrym tropie – moim zdaniem miłość do siebie i dobra relacja z samą sobą to podstawa zdrowych relacji z innymi. Nim dotarłam do punktu, w którym byłam gotowa siebie zaakceptować taką, jaka jestem, wciąż szukałam w innych ludziach potwierdzenia. Potwierdzenia różnych rzeczy: mojej inteligencji, umiejętności, dowcipu, pracowitości, urody, atrakcyjności… Lista była długa. Przeglądałam się w oczach innych ludzi zamiast spojrzeć w swoje własne. I traktowałam siebie jak wybrakowany towar – ciągle trzeba było przy tym majstrować, poprawiać, ulepszać. By było godne… miłości (sic!).
Odpowiedź kryje się w tym, jak odczuwasz siebie, relację ze sobą, jak siebie widzisz, gdy patrzysz w lustro, oglądasz się przez ramię i patrzysz na drogę, którą już przeszłaś, lub gdy patrzysz do przodu prosto w przyszłość. Dla mnie miłość do siebie to gotowość do akceptacji. Akceptacji tego kim i czym jestem a także tego kim i czym nie jestem i być może nigdy nie będę.
Czy to aby nie zaproszenie do stagnacji?... Też tak sądziłam, jednak prawdziwy rozwój zaczął się u mnie dopiero w momencie, gdy dałam sobie tę przestrzeń – prawo do bycia taką, jaka jestem. Gdy przestałam traktować siebie jak wybrakowany towar, wymagający napraw jeszcze przed końcem gwarancji, rozpoczął się proces poznawania siebie i swoich mocnych stron. Piszę proces – bo to nieustająca przygoda :). Człowiek nigdy nie jest gotowy, przez całe życie się staje.
Za martwienie się o to, co będzie i otrząsanie się z tego. Za jedzenie niczym łapczywe dziecko. Za głośne chichotanie, gdy coś ją rozśmieszy. Za mówienie „dziękuję” i „wybaczam” – także sobie. Za próbowanie mimo strachu, mimo że siniaki, mimo że wtopi. Za to, że czasem ma ochotę tylko leżeć, zakryta od stóp do głów kołdrą, ale wstaje i działa, a czasem leży. Za wpadanie w dołek, kiedy sił brak. Za branie życia w swoje ręce, nawet jeśli bardzo chciałoby się to zrzucić na kogoś innego. Za odwagę do (realizacji) marzeń. Za to, że czasem myli tupnięcie nogą z machnięciem ręką. Za to, że zdarza jej się zaangażować za mocno a potem dziwić skutkom. Za ufność i wiarę w ludzi, „nawet jeśli…”. Za przeżywanie niepowodzeń i uczenie się na nich. Jadwisia kocha siebie za bycie sobą. Bo dobrze być sobą. Jak trafnie zauważył Oscar Wilde:
„Bądź sobą. Wszyscy inni są już zajęci.”
Ta strona szamie ciastki, bo nikt tak człowieka nie rozumie, jak ciastki. Sałata nie rozumie, jarmuż nie rozumie, a ciastki zawsze! To było po ludzku, a oto wersja profeszynal: korzystam z Google Analytics oraz Facebook Pixel w celach analitycznych i marketingowych. Zbierane dane trafiają również do dostawców tych narzędzi. Możesz blokować cookies w ustawieniach przeglądarki lub poprzez dodatkowe wtyczki. Szczegóły znajdziesz w polityce prywatności.