W krainie Kiedyś

Kolejny raz przymierzasz się do Arcyważnego Zadania. Wtem! Przypominasz sobie, że wypadałoby zetrzeć kurze. Następnie „na chwilę” logujesz się na Facebooka  – jak psu kość należy ci się chwila odpoczynku ;) Oglądasz po raz enty te same aktualności i już masz się wylogować, ale cóż to? Koleżanka wysyła ci wiadomość i pyta, co słychać. Jak miło, że się tak troszczy! Koniecznie trzeba odpowiedzieć od razu ;) Po zakończeniu miłej konwersacji o czterech literach dziewczęcia imieniem Marynia idziesz zrobić sobie kawę. Będąc w kuchni zauważasz brudne naczynia okupujące zlew – postanawiasz pozmywać zanim weźmiesz się do roboty. Mijasz łazienkę i przypominasz sobie, że trzeba wstawić pranie. Uf, ale się nazbierało! ;) Gdy znów siadasz do swojego Arcyważnego Zadania, okazuje się, że minął cały dzień i nie masz już siły. Godzinami urabiałeś się po kokardę i padasz na twarz. Brzmi znajomo? ;)

 

Witaj w Krainie Prokrastynacji!

 

Prokrastynacja to chroniczne odwlekanie, przekładanie podjęcia czy też kontynuacji działania na później (czyli na tzw. „wieczne kiedyś” ;) ). Prokrastynator, a zatem człowień taplający się w prokrastynacji, ma nie lada problem z tym, żeby zmobilizować się do działań naprawdę ważnych, jednak z lubością oddaje się działaniom o mniejszej randze.

 

Prokrastynator zwleka z działaniem, ponieważ dookoła siebie widzi ogrom możliwości, które go przytłaczają – czasem to ogrom jego własnych możliwości ;). Jest tyle innych czynności, które mogą zająć mu mniej czasu i pochłonąć mniej energii a przy tym szybciej przynieść gratyfikację. Tą gratyfikacją, czyli nagrodą, może być chociażby fakt ukończenia zadania. Przykładowo: szybciej pozmywam naczynia niż napiszę artykuł i szybciej poczuję, że jednak coś zdziałałam – wow, jestem taka produktywna! ;)

 

Co się jednak dzieje, gdy prokrastynator nie ma nad głową tykającej bomby w postaci zegara?… Oto mój osobisty hit w byciu prokrastynatorem (obecnie prokrastynatorką na odwyku ;) ). Z tym działaniem zwlekałam przez wiele lat, bo choć teoretycznie istniał pewien deadline, to faktycznie nie czułam konsekwencji jego nadejścia i… przejścia ;). O czym mowa? O oddaniu książek do biblioteki :D.Wypożyczyłam książki, miałam termin ich oddania, wiedziałam jaka kara pieniężna grozi za ich przetrzymanie. Biblioteka znajdowała się na sąsiednim osiedlu, więc miałam do niej blisko. Co się stało, że nie zagrało?… ;)

 

Etapy mojej książkowej prokrastynacji

 

  • Brak odczuwalnych konsekwencji – przekroczyłam termin oddania książek i nikt mnie nie ścigał, nie wysyłał upomnień, nie wydzwaniał z ponagleniami, nie publikował mojego zdjęcia w dziale „tych czytelników nie obsługujemy” ;) Skoro tak… to poczekam jeszcze tydzień, nic się nie stanie…
  • Wynajdywanie usprawiedliwień – dziś mam za ciężko / pada deszcz / nie mam po drodze…
  • Obawa przed konsekwencjami – teraz to chyba się nie wypłacę, żeby pokryć karę… to poczekam aż jeszcze urośnie ;)
  • Poczucie wstydu – tyle już zwlekam z oddaniem książek, że nie wiem jak się pokażę pani bibliotekarce… to lepiej jej się w ogóle nie pokazywać ;).

 

Książki finalnie oddałam. Na odwyku od prokrastynacji człowiek zamyka takie „otwarte pętle” w nadziei, że nie zacisną się na jego szyi. Nie zapłaciłam żadnej kary, bo tych książek nie było już nawet na stanie biblioteki – spisano je na straty i nie figurowały w komputerowym rejestrze (jak je wypożyczałam to tego rejestru nawet nie było :P ). Panie bibliotekarki wyglądały jakbym im przyniosła św. Graala. Płonęłam ze wstydu, obsypałam bibliotekę w prezencie stosem książek, które miały odkupić moje winy. Nie spotkałam się ani z karą finansową, ani z surową oceną ze strony pracowników biblioteki – a przecież z obawy przed tymi konsekwencjami odsuwałam w nieskończoność podjęcie działania…

 

Prawdopodobnie teraz, drogi czytelniku, zastanawiasz się, ile czasu można zwlekać z podjęciem działania? Otóż można to robić przez 12 lat i 7 miesięcy. Dokładnie tyle zajęło mi odniesienie do biblioteki… “Nad Niemnem” i “Chłopów” :D. W momentach, gdy będziesz myśleć o sobie, że gorzej być nie może, pomyśl o mnie – niosącej książki do osiedlowej biblioteki przez prawie 13 lat. Nie ma za co! ;)